jak daro biegać zaczął
Dodane: 22.11.2009, o godzinie: 23:33:42Długie i nudne w stylu co jadłem na śniadanie, ale może ktoś się zainspiruje i też zacznie. Zaczęło się dość niewinnie przy okazji odchudzania i rzucania fajek.
Najpierw szybkie spacery z psem, dość długie (około 5 -6 km). Później w czasie spacerów zacząłem robić przebieżki, których długość była śmiechu warta z początku 400m to max :). Później te podbiegi robiły się coraz dłuższe, a dystans który pokonywałem idąc skracał się i doszedłem do momentu w którym przebiegałem jakieś 2km robiłem sobie 400 – 500m spaceru i znowu biegłem jakieś 2km.
Później przyszła sesja i reszta cyrku związanego z zakończeniem roku szkolnego, a później wakacje. Właśnie w wakacje przestałem biegać z psem. Trochę nieładnie z mojej strony, ale na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że biegając „wśród ludzi” kilka razy zdarzyło mi się spotkać jakiegoś psa biegającego luzem i pół biedy jeśli był przyjaźnie nastawiony, gorzej gdy był to bydle wielkości małego konia i szczerzące zęby jak wściekłe (dobrze, że wtedy był zainteresowany bardziej majką niż mną bo było by źle…). Dodatkowo w lato jak to w lato było dość ciepło i moje kilku kilometrowe przebieżki odbywały się jeszcze jak było ciepło (nieraz po 30 stopni) i „pieseczek” ciężko to znosił i dodatkowo zacząłem biegać po lesie gdzie można było spotkać czasem jakiegoś zwierzaka, przez którego ja musiałem siłować się ze swoim.
Wracając do samego biegania. W lato biegało się bardzo miło, większa część po lesie i nawet nie zorientowałem się kiedy robiłem po 7 - 8km 5 razy w tygodniu. Z początku wakacji gdy drastycznie zwiększyłem dystans budziłem się rano z potwornie bolącymi nogami (taaak to były zakwasy, że ledwo wstawałem), tyle, że ból mijał po śniadaniu, a czasem wcześniej, a później spędzając 8h siedząc na tyłku i gapiąc się w monitor pod koniec dnia brakowało mi ruchu i znowu leciałem do lasu.
Teraz nadal biegam. Jest trochę zimniej, ale daje radę, ubieram się na cebulkę i do przodu (o ubiorze za chwilę). Z lasu musiałem zrezygnować bo i rano jest ciemno, a wieczorem jeszcze gorzej. Odkąd zacząłem biegałem wieczorami, tak i teraz. Biegam więc tam gdzie są latarnie. Zakupiłem sobie opaskę odblaskową, żeby mi z dupy nikt garażu nie zrobił (a to temat jak rzeka), jak biegnę akurat tam gdzie nie ma chodnika. W związku z tym, że warunki są dużo gorsze przebiegam 6 -7 km, czasem nawet uda się 4 razy w tygodniu (w soboty nie biegam bo nie, a w deszczu i śniegu tym bardziej).
Teraz o samym ubiorze. W lato oczywiście t-shirt i krótkie spodenki w zupełności wystarczały. Podkoszulek jakiś tam sprany stary i zniszczony pierwszy z brzegu, oby nie jakiś nadmiernie sztuczny. Spodenki miałem akurat jedne więc biegałem w czym miałem. Buty wydawać by się mogło najważniejsze, wcale nie są jakieś super wypasione zwykłe „buty sportowe”, z całkiem cienką i płaską podeszwą, bez żadnych sprężyn i innych udziwnień w wakacje świetnie się sprawdzały bo biegałem po piachu, trawie i co tam na leśnych ścieżkach spotkać można, więc było super (czasem zdarzyło się złapać lekki poślizg, ale bez większych strat). Ponadto biegając w lesie trzeba uważać na co się staje bo z wykręconą kostką dość ciężko się wraca do domu…
Te samo buty w warunkach „zimowych” sprawują się trochę gorzej. Po asfalcie jest całkiem znośne, po kostce brukowej natomiast strasznie twardo się tupie i czuć dystans… Tak czuć różnicę i co ciekawe to właśnie chodnik jest twardszy. Teraz biegam w spodniach dresowych (ot zwykłe tanie dresiki, kosztowały mnie chyba około 20zł i jak dotąd jeszcze się nie porwały, raz łatałem kieszeń, ale poza tym super) do tego dwa podkoszulki, cienki golf i bluza. Całość nie nada się już na żaden pokaz mody, ale działa. Pod koniec przebieżki taki zestaw jest trochę zbyt ciepły i dość mocno się w tym pocę, ale z początku bywa zimno więc wybrałem taką względnie optymalną kombinację. Do tego obowiązkowo czapka i rękawiczki (jak się już zgrzeję to rękawiczki idą do kieszeni).
Akcesoria. Z dodatków to tylko odtwarzacz mp3 – stary podniszczony i poobijany Creative MuVo1gb i słuchawki które były z nim w zestawie. W drugą kieszeń paczka chusteczek higienicznych i na ramię opaska o której wcześniej wspomniałem. W lato mptrójkę nosiłem na ramieniu na opasce, bo w kieszeni strasznie skakała i zdarzało się jej wyskoczyć…
Zmiany. Ano zmiany ogromne. Zanim zacząłem biegać wejście na drugie piętro było już dobrym powodem do zadyszki, a myśl o jakiejkolwiek innej aktywności fizycznej powodowała lekkie palpitacje serca. Teraz nie biegając 2 dni pod rząd czuję, że brakuje mi świeżego powietrza i ruchu, a po powrocie do domu jestem szczęśliwy jak dzieciak na gwiazdkę :). Z porannymi zakwasami pożegnałem się już pod koniec wakacji więc ranki są przyjemne (pod warunkiem, że jest to poranek). W całym bieganiu, dla mnie, najlepsze jest to, że wyłączam się całkowicie na te 30 - 40minut i nie myślę prawie wcale i dla tych 30 minut naprawdę warto.
Nie będę tu propagował żadnego biegania bo zanim zacząłem wydawało mi się to kompletną głupotą i całkowitą stratą czasu, i póki się nie przekonałem na własnej skórze nic nie byłoby w stanie mnie przekonać do ruszenia tyłka z fotela, a teraz nie ruszenie się wydaje się co najmniej dziwne.